Powiastka niedruga

Nasze umysły – samotne skały, na sztormowym morzu, wciąż smagane falami słonych słów, ale słowa, które nie są modlitwą ani opowieścią,

są zawsze na wiatr…

Czym jednak byłaby opowieść ze słów plecionych wiatrem bez skał. 

Cóż piękniejszego niż modlitwa zmieniająca nasze kamienne, rogate serca w wyrwane ciemności latarnie. Jeśli życie jest sumą przypadków, to czy udałoby się z przypadkowych słów stworzyć opowieść? Czy nie brzmiałaby jak kakofonia myśli, nie wyglądała jak obraz

z niepasujących do siebie puzzli?

Czy też tak macie, że wobec stu powodów, żeby coś zrobić, zawsze  znajdzie się ten jeden, najczęściej absurdalny, żeby odłożyć swoje zamierzenie na później? I nie chodzi o lenistwo czy urojony brak czasu 

(zwykle marnujemy całe lata, żeby spóźnić się na życiową  szansę zaledwie parę minut), raczej przeczucie, że  wyprzedzanie losu, próby oszukania przeznaczenia, mogą  skończyć się jeśli nie tragicznie, to przynajmniej żałośnie. Pamiętam  taką  zimowa podróż przez noc

i góry, z tradycyjnym uczuciem tzw. niedoczasu, czyli spóźnienia się nie wiadomo gdzie i na co.  Zatrzymuje samochód przy całodobowym kantorze, który zawsze o tej porze jest pusty

i tym razem wygląda przyjaźnie dla człowieka  pędzącego tam, gdzie go jeszcze nie ma. Przede mną tylko jeden klient, za to wymienia  na złotówki waluty 

z połowy Europy. Zabawa z papierkami trwa, wizja wieczoru przy piwie 

u celu podróży, nieprzyjemnie traci na ostrości. Po dziesięciu długich minutach, wypełnionych w większości niezbyt ciepłymi myślami pod adresem marudera, załatwiam swoje sprawy i  wracam na autostradę do prywatnego nieba: ciepła samochodu, muzyki

i jakże złudnego poczucia bycia panem losu.

Oczy wyobraźni  przechodzą cudowną korektę, 

w szklankach z wieczornym pilsnerem u celu podróży widać każdy bąbelek piany…

Te magiczne chwile trwają jednak niesprawiedliwie krótko. 

Drwiąca z moich planów mgła, świt nie przynoszący światła, prędkość zbliżona do niedzielnej przejażdżki zdezelowanym chińskim rowerem. Za chwile staje w korku.

Okazuje się, że 10 minut wcześniej wydarzył się wypadek, który uruchomił serię kolejnych.

Z radia dowiaduje się, że w karambolu na autostradzie, którą jechałem do nieba, zmasakrowanych zostało 96 aut (później zobaczyłem, że wśród nich były te najbardziej bezpieczne i dające poczucie wolności na każdej drodze), rannych wciąż liczą, trwale dogoniło być może nie swoje przeznaczenie kilkunastu ludzi, ale mały chłopiec, który wypadł przez okno i poszybował przez kilkanaście metrów prosto w zaspy  śniegu, ma się całkiem dobrze.

Na której z tych list miałem być – nie wiem… 

Twarzy marudera z kantoru już nie mogłem sobie przypomnieć.  Przewodnicy do jądra ciemności z pewnością regularnie zmieniają twarze i szlaki, dla niepoznaki czy równowagi, robią to również elfy. Wielu chciałoby mieć anioła stróża, mało kto nim być. Rzeki szczęścia i rozpaczy wpadają do tych samych nieistniejących oceanów, po których nie pływają łodzie i okręty a  jednak zarówno turkusowe atole jak  skaliste wyspy na tych bezkresach pełne są rozbitków.

Promy pomiędzy wyspami a brzegiem lądu świadomości kursują rzadko i nieregularnie

a i tak część z nich tonie od nadmiaru złota, bagaży 

i substancji psychoaktywnych, pomimo dawno ustalonej taryfy w wysokości jednego obola (po strajku przewoźników dopuszczono dolara i funta, później nawet juana).

Te łodzie z pasażerami, które jednak docierają do celu (najczęściej jest to port końcowy Pustka), po latach odysei zawierają tylko podobne w odcieniu zmieszane (wręcz zakłopotane rozkładem) prochy swoich pasażerów –  nieszczęśliwych zwycięzców, bogatych i pełnych nadziei przegranych – przewoźnicy (z powodu strajku ze względu na nienormowany normami europejskimi wzrostu ciężaru ładunku – musiano zwiększyć liczbę przewoźników do dwóch)

w towarzystwie różanolicych nimf, użyźniają nimi łąki przeznaczone dla polnych, pełnych wdzięku kwiatów – arcydzięgli, ciemiężyc, liczydeł, miesiącznic, narcyzów, niecierpków, pluskwic, parzydeł, pajęcznic, uczepów, wężymordów, żabiścieków i żmijowców.

Na koniec nimfy żegnają ich przed kolejna podróżą słowami: „Harryony,

nie zważajcie ani na miliony ani na kurz i brud. Tylko nie bierzcie dzieci”

„Tylko nie dzieci…”

DCIM\100MEDIA\DJI_0148.JPG

Opublikowane przez andrewcosmit

Zycie - najbardziej oczywista tajemnica.

Dodaj komentarz