Czasy niedoceniania
Żyjemy w czasach niedoceniania.
Ciężko kroczy się z brzemieniem życia, imion i nazwisk, dat, powiązań, numerów, zaciągniętych nie tylko przez siebie rachunków
i fenickiej niedoskonałości w wymianie tzw. dóbr.
O ileż ciężej jeszcze jest stanąć przed białym płótnem, kartą niezapisanej księgi, bielusieńką serwetką swojego życia.
I to codzienne pytanie na śniadanie: czy to duch nieśmiertelnego zwycięzcy czy wiecznego przegranego przypadł mi w udziale?
Niedoceniający muszą mieć wzór, cesarza, przywódcę, ideę, jarzmo. Uczyć się od pokonanych przez czas.
Doceniający potrzebują tylko promienia, niewidocznej słowami szczeliny, zupełnie nietajemnego wyjścia z tego niezaklętego przecież kręgu.
Doceniać to będę, jak już wszystko zdobędę.
Tymczasem cmentarze są pełne zdobywców i ludzi niezastąpionych.
Docenianie to nadawanie wartości chwilom pozornie błahym, raczej testament na czeku życia, niż pozostawienie po sobie tylko sterty śmieci i odchodów.
Jest takie krągłe, cudnie trafne zdanie – „nie dostrzegając rzeczy małych nie zobaczymy wielkich”. Ale czy nie są one tym samym? Nie podoba się chwila, więc dlaczego miałyby podobać się miliony chwil. Świat ma nienaganne maniery, wychodzi z założenia, że nie sposób podobać się ślepcom a nawet nie wypada.
Ale żeby nie zaśmiecać świata truchłem domniemanego istnienia –
skrócę. Do oddechu, kroku, ulotnej myśli, że nie ja oglądam wszechświat,
ale on cierpliwie i wciąż jeszcze łaskawie ogląda mnie.
Nie są to czasy wyjątkowego niedoceniania. Czasy jedne z wielu. Różnią się może tylko od innych odsetkiem tych, których obłuda jest w stanie zabić bez wojny, zadusić samym tylko szlamem kłamstw, odmienić przez przypadki, czasy i tryby bez znajomości gramatyki życia.
Która matka chciałaby zobaczyć swoje dziecko we krwi oprócz czasu porodu.
Prawda ze swej natury (będąc zresztą samą naturą) wyzwala, oczyszcza, reanimuje,
uzupełnia pióra w skrzydłach, unosi, otwiera niewidzące oczy na niepodzielność.
Najbardziej na niepodzielność włosa, który podzielony i tak nie staje się inny, bardziej atrakcyjny i nijak nie przypomina czterolistnej koniczyny.
Szlachetni i wyjątkowi patroni królestw, bogactw, zaszczytów
i chętnego ego (zresztą z nielicznymi wyjątkami banda wyjątkowo paskudnych łajdaków),
a później tylko nieistniejący bohaterowie rumowisk, obsranych pomników,
wyblakłych liter, rozmytych szarugą napisów na spiżowych niegdyś monumentach.
Nie boję się śmierci i nieistnienia, w końcu kiedyś też nie istniałem a jednak żyję.
Zresztą nie bojąc się umierania, nie boję się życia. Logiczna odwrotność tego zdania prowadziłaby do swoistej paranoi – strachu przed życiem, istnieniem z ulgą i bez walki kroczącym nieświadomie ku nicości.
I teraz do brzegu, bez słów wielkich, bez ezoteryki i psycholożenia.
Myśli, utopie i wyobrażenia, wędrują teraz na dno fumaroli i w okolice Rowu Mariańskiego.
Jakby to nie zabrzmiało i żeby nie szafować słowem, prawda to istnienie, nic bardziej prostego, do bólu lub do niekończącej się euforii, prawda to życie. Dla odbicia w wielu lustrach: czy to już teraz, to jedyne, niepowtarzalne, bez przeszłości, której żadna siła nie zmieni, bez przyszłości, której nikt za mnie nie napisze. Najbardziej wyrafinowana ułuda nie zamieni się w prawdę.
Nie żadne „myślę, więc jestem” czy „wiem, że nic nie wiem”. Nie myślę i wiem wszystko, jestem.
Życie to oczywistość jedynie wiarygodna, bezdogmatyczna religia i jednoosobowy kościół.
Reszta jest złudzeniem, jak bezinteresowność lichwiarza, długoterminowa prognoza czy wróżba z brukowej gazety.

niezle.
PolubieniePolubienie
no nienajgorsze. Z samym sie ze soba zyje I tak jest najlepiej….
PolubieniePolubienie